Za wieloma z Was pewnie intensywny weekend biegowy. Startowaliście pewnie na różnych zawodach lub intensywnie trenowaliście. Podobnie było też u mnie, czego efekty możecie zobaczyć po lewej stronie na zdjęciu.  Ale zacznijmy od początku…

Sobota, pobudka o 5:00. Prawda, że super? Kierunek Gdynia na start TUT’a, czyli Trójmiejskiego Ultra Track’a. Jeszcze nie jako zawodnik, tylko człowiek z aparatem. Po drodze odpakowałem do auta kilka osób aby również dowieźć ich na start. I tak o 7:00 rano grupa szaleńców poszła w górki TPK na 68 km trasę. Razem z Agatą i Agnieszką w dwóch punktach przyglądaliśmy się ich zmaganiom co możecie zobaczyć na zdjęciach – TEN LINK PRZEKIERUJE WAS NA STRONĘ ZE ZDJĘCIAMI.

Ale nie samymi zdjęciami człowiek żyje, czas samemu pobiegać, czyli ruszamy na start Grubej 15 …

Nasz dwuosobowy skład + pies (Agnieszka, ja i Lupus) razem z całą chmarą innych biegaczy wystartowaliśmy, aby pokonać kilka, no może kilkanaście wzniesień na 18 km trasie. Oczywiście spotkaliśmy wielu znajomych, którzy jak my chcieli zmierzyć się z przeciwnościami TPK. Pierwszy większy podbieg to dawny stok narciarski, wielu przyjezdnych, lub nowicjuszy myślało, że to będzie najgorsza górka. Ale nic bardziej mylnego. Ale nie uprzedzajmy faktów 😉 Pierwsze 11 km w sumie nie było takie złe, a my postanowiliśmy się też specjalnie nie forsować, w końcu następnego dnia kolejny start. Można więc powiedzieć, że szliśmy spokojnym tempem jak burza i nawet Lupek leciał na napiętej smyczy, a nie ciągnął się gdzieś z tyłu.

I tak pięknie było do Rybakówki, gdzie mieliśmy fajny punkt odżywczy z napojami, drożdżówkami, zupą rybną, ale przed wszystkim super wsparciem i obsługą wolontariuszy (prawie same znajome twarze 😉 ). W tym miejscu łączył się też obie trasy Grubej 15 i TUT. No dobra z Rybakówką, też było fajnie poza jednym długim i stromym podejściem. Potem była długa prosta i z górki do Dwóru Oliwskiego. Ale dalej zaczęło się prawdziwe TPK, czyli góra – dół – góra – dół, itd. Co się człowiek rozpędził, to już hamował na podbiegu. Agnieszka marzyła o kijach do wspinaczki, Lupusowi też już wyłączył się syndrom zwycięzcy, ale nie ma tu, tamto trzeba było przeć do przodu. I tak pokonując kolejne wzniesienia i niełatwe zbiegi dotarliśmy do mety po 2:31 minutach. Czyli całkiem przyzwoicie. Wisienką na torcie tego biegu była relacja na żywo ze skoku Kamila Stocha, którym wywalczył sobie złoty medal na olimpiadzie.

A następnego dnia w przyszedł czas na kolejny bieg, tym razem w Gdyni. Pierwsza „dyszka: cyklu, czyli Bieg Urodzinowy. Tutaj w roli pacemakera z balonikiem na 60 min. Kolejny wspólny bieg z Marcinem, więc z góry było wiadomo, że będzie wesoło. Grupa okazała się całkiem spora i pierwsze pięć kilometrów przebiegliśmy idealnie w sporej grupie. Dalej zaczęła się Świętojańska, na której końcu, biegaczy za balonikiem było już mniej, mimo, że nieco zwolniliśmy.  Niemniej okazało się, że udało nam się dowieźć na metę trochę życiówek, a biegacze byli zadowoleni. Czas na mecie to 1:03. Niby 3 sekundy po czasie, ale dobrze spożytkowane aby zachęcić do walki zawodników na ostatnich metrach przed metą.

Comments

comments

%d bloggers like this: